Podejmując poważną decyzję, jaką jest zaciągnięcie kredytu hipotecznego , zawsze szczegółowo powinniśmy przeanalizować oferty banków. I nie skupiać się wyłącznie na ulotkach reklamowych, które uśmiechają się do nas niskim oprocentowaniem i zerowymi kosztami. Najlepiej przeczytać umowę, jaką przedkłada bank i wtedy nie powinniśmy spotkać się z niemiłą niespodzianką. Ale jeśli zdecydujemy się na kredyt w obcej walucie, czeka nas jeszcze jedna przeszkoda. Chodzi o spread walutowy. Napotka się z tą frazą każdy, które wybierze kredyt hipoteczny w, na przykład, popularnych frankach szwajcarskich. Oby nie za późno.
Spread walutowy to nic innego jak różnica pomiędzy kursem kupna i sprzedaży dwóch walut. Na przykład złotówki i franka szwajcarskiego. Już w najzwyklejszym kantorze spotykamy się z różnicą pomiędzy kursem przy zakupie i odsprzedaży. Na przykład kiedy chcemy kupić tą zagraniczną walutę, zapłacimy 3 złote i 92 groszy. Ale już przy próbie sprzedaży otrzymamy za 1 CHF 3 złote i 88 groszy. Ta różnica to po prostu zarobek kantoru na wymianie walut. Nic więc dziwnego, że banki również chcą zarabiać, a w przypadku kredytu hipotecznego mają klienta „na talerzu”.
Od lat ogromnym zainteresowaniem cieszy się zaciąganie kredytu w obcej walucie . Po światowym kryzysie optymizm nieco osłabł, ale frank szwajcarski powraca do łask. Dlatego warto poszerzyć swoją wiedzę na temat spreadu walutowego. Jest to bowiem wartość umowna, określana przez kantor czy bank. W momencie zaciągania kredytu hipotecznego niejako dajemy bankowi ogromne wotum zaufania, że w okresie spłaty nie będzie chciał zarobić kokosów na swoich klientach. Płatnicy nie mają bowiem zbyt wiele do powiedzenia w momencie gdy bank zwiększy spread z trzech do pięciu czy sześciu groszy. I klient może na tym stracić duże pieniądze.
Już w momencie zaciągania kredytu przez spread zwiększa się nasze zobowiązanie wobec banku. Wynika to z tego, że kredyt jest wypłacany po najniższym kursie (czyli kupna), a zaraz po tym musimy spłacać zobowiązania w cenie waluty obowiązującej przy sprzedaży, czyli wysokim. Biorąc po uwagę fakt, że nasz kredyt zaksięgowany jest w obcej walucie, tracimy na każdej większej różnicy między kursami. A do tego dochodzi jeszcze kurs walut, który często płata figle kredytobiorcom.
Można to przedstawić na prostym przykładzie. Przyjmijmy, że zaciągamy kredyt hipoteczny w wysokości 200 tysięcy złotych. Kurs sprzedaży w dniu podpisania umowy wynosi 2,50 złotego (bardzo optymistyczny, ale chodzi o zobrazowanie zjawiska spreadu. Łatwiej będzie na prostych liczbach.) za 1 CHF. Mamy więc do spłacenia 80 tysięcy franków szwajcarskich. Cena skupu 1 CHF wynosi 2,40 złotego. I już w tym momencie nasze zobowiązanie będzie wynosić nie 200 tysięcy, a ponad 208 tysięcy. A to wszystko bez naliczenia żadnych odsetek przez bank!
Istnieją pewne sposoby, by po części uniknąć nieprzyjemnych skutków spreadu. Jeszcze kilka lat temu, to bank ustalał po jakim kursie przeliczy nam nasze wpłacane złotówki na obcą walutę (najbardziej popularny jest frank, więc w dalszej części zastąpi on ogólnie pojęte waluty obce). Ale na szczęście Sejm uchwalił ustawę, która pozwala samemu wybierać miejsce, w którym przewalutujemy nasze złotówki na franki. I to właśnie jeden ze sposobów na małe wymanewrowanie banku. Jeśli znajdziemy bowiem na przykład kantor lub inny bank, który oferuje sprzedaż CHF po korzystniejszym kursie niż oferuje to nasz bank, możemy w nim przewalutować naszą ratę i wpłacić na konto. Przed taką operacją warto jednak sprawdzić, jaką opłatę pobiera nasza placówka za wpłatę od razu w obcej walucie. Może się bowiem okazać, że to co zaoszczędzimy na kursie waluty, stracimy na opłaty za obsługę. Sam aneks do naszej umowy o zmianie sposobu płatności może wynieść kilkaset złotych, bo banki starają się za wszelką cenę zachować prawo do przewalutowania majątku swoich klientów. Nic dziwnego, w końcu zarabiają na tym niemałe pieniądze i zapewniają stały obrót gotówką.
Tak więc mimo możliwości spłaty kredytu hipotecznego już w docelowej walucie, w większości placówek nie jest to do końca opłacalne. Kursy walut między najtańszym kantorem, a naszym bankiem wynoszą z reguły maksymalnie kilka groszy, co nie pokryje kosztów związanych z obsługą takich rozliczeń przez bank. Tym samym o wiele korzystniej będzie przed zaciągnięciem kredytu hipotecznego zapoznać się z wysokością spreadu w różnych placówkach i wybrać najkorzystniejszą (to znaczy o najniższej wartości) ofertę. Wtedy nie będziemy musieli zamartwiać się o różnice pomiędzy kursami walut i nie poczujemy, że małym strumyczkiem uciekają nam pieniądze z konta.
Spread walutowy warto wziąć też pod uwagę przy wyborze banku. Może się bowiem zdarzyć, że teoretycznie oferująca najniższe opłaty i najkorzystniejsza oferta, w przyszłości przyniesie nam niemiłe niespodzianki w postaci narastania kwoty kredytu do spłaty przez różnice w kursach walut. Na nieuwadze klientów żerują banki i najczęściej pod „wszystkie opłaty 0zł” kryje się np. spread walutowy.